Nie czytałem wcześniej tekstu Agnieszki Szpili. Z rozmysłem. Często mam tak, że pierwowzór literacki zaczyna mi przeszkadzać w odbiorze spektaklu albo ekranizacji. Słowo pisane pozwala sobie na konstrukcje głębsze, bardziej rozgałęzione, intymne i nie zawsze możliwe do prostego przeniesienia na scenę. Teatr rządzi się inną materią: ciałem, głosem, światłem, obecnością, napięciem między aktorem a widzem. Dlatego na „Larwy” poszedłem jako ignorant z premedytacją. Chciałem zobaczyć nie adaptację sprawdzaną pod linijkę wobec literackiego źródła, ale samodzielne przedstawienie.

Wcześniej uczestniczyłem w pokazie dla prasy, podczas którego zobaczyliśmy jedną scenę. Była to tylko zajawka, ale wystarczająca, by uruchomić ciekawość. Nie wiedziałem jednak, czego właściwie się spodziewać. Wiedziałem, że będzie to opowieść o opresji, przemocy, uległości, dominacji, seksualności, kobiecym ciele i toksycznej męskości. Brzmiało to jak zapowiedź antyutopii skąpanej w mroku, przedstawienia ciężkiego, dusznego, może nawet celowo nieprzyjemnego. Po premierze wiem już, że rozmawiając wcześniej z reżyserką Pamelą Leończyk i autorką adaptacji Darią Sobik, sam poszedłem błędnym tropem. „Larwy” są spektaklem o sprawach trudnych, ale nie są spektaklem przygniecionym własną powagą.
To największe zaskoczenie tego przedstawienia. Pamela Leończyk nie ucieka od tematów przemocy, kontroli, instytucjonalnej opresji i społecznego zawstydzania kobiet, ale opowiada o nich z lekkością, wyczuciem i zaskakującą finezją. Na widowni wielokrotnie słychać było śmiech. Nie był to jednak śmiech rozbrajający temat ani obniżający jego wagę. Raczej śmiech, który pojawia się wtedy, gdy teatr trafia w nerw rzeczywistości tak celnie, że widz rozpoznaje absurd świata, w którym sam żyje. „Larwy” są bowiem także satyrą. Krzywym zwierciadłem, w którym system opieki, język moralnej kontroli, konserwatywne fantazje o kobiecości i społeczne oczekiwania wobec matek zostają wyostrzone do formy groteskowej, ale wcale nie nierealnej.
Bohaterkami spektaklu są samotne matki trafiające do Kokonu – instytucji, która pod pozorem pomocy i troski przejmuje kontrolę nad ich życiem. Kobiety pracują przy hodowli jedwabników. Kontakt z larwami i wydzielanymi przez nie feromonami zaczyna zmieniać ich ciała: stają się podatne na przyjemność, nienasycone, coraz trudniejsze do ujarzmienia. To punkt wyjścia do opowieści o ciele, które z narzędzia dyscyplinowania staje się przestrzenią buntu. O seksualności, która nie jest tu dodatkiem, ozdobą ani prowokacją dla samej prowokacji, ale jednym z głównych języków spektaklu.

„Larwy” są mocno zabarwione seksualnie. Powiem więcej: seks jest jednym z fundamentów tej inscenizacji. Ale Leończyk unika taniej dosłowności. Nawet tam, gdzie spektakl dotyka kinku, nagości, przyjemności i dominacji, robi to w sposób wysmakowany, świadomy i artystycznie uzasadniony. To bardzo ważne, bo łatwo byłoby z takiego materiału zrobić teatr skandalu, przedstawienie grające na oburzenie albo poczucie przekroczenia. Tutaj przekroczenie jest obecne, ale ma strukturę, sens i estetykę. Czuć, że intymność na scenie została przemyślana, przygotowana i oparta na zaufaniu. Dzięki temu nie oglądamy ciał wystawionych na pokaz, lecz ciała, które odzyskują język.
Jedną z najciekawszych figur spektaklu jest postać grana przez Łukasza Wójcickiego. To personifikacja toksycznej męskości – rewelacyjna, sugestywna, chwilami niemal upiorna. Wójcicki nie jest centrum tej historii, ale jest dla niej absolutnie niezbędny. Jego obecność działa jak cień rzucany na scenę: niby pozostaje w tle, a jednak organizuje część napięć, lęków i reakcji. Bez niego ta opowieść byłaby mniej pełna, mniej ostra, bardziej niedopowiedziana. Wójcicki buduje rolę precyzyjnie, bez nadmiaru, z wyczuciem teatralnej groteski i niepokojącej realności. Jest tłem, które nieustannie przypomina, skąd bierze się opresja.
Od strony wizualnej „Larwy” są majstersztykiem. Scenografia i kostiumy Magdaleny Muchy, dopełnione światłem Damiana Pawelli, tworzą świat jednocześnie laboratoryjny, instytucjonalny, organiczny i zmysłowy. To przestrzeń, która nie tylko ilustruje opowieść, ale aktywnie ją współtworzy. Momentami miałem wrażenie, że oglądam film na dużym ekranie, a nie spektakl teatralny. To wrażenie wzmacnia umiejętne wykorzystanie kamery na scenie. W Łaźni Nowej podobne rozwiązania pojawiają się często, ale tutaj nie są technologiczną sztuczką. Kamera tworzy konstrukcję szkatułkową: oglądamy, podglądamy, zbliżamy się do detalu, a równocześnie mamy świadomość, że wszystko dzieje się kilka metrów od nas. Dzięki temu widz otrzymuje dodatkową perspektywę – intymną, filmową, niemal dotykalną.
Bardzo mocnym elementem spektaklu jest również muzyka Magdaleny Sowul. „Larwy” łączą elementy post-opery i muzyki elektronicznej, ale nie jest to tylko efektowny opis z programu. Ta warstwa naprawdę pracuje w spektaklu. Muzyka nie dopowiada emocji, lecz je rozszerza. Czasem działa jak puls ciała, czasem jak echo instytucjonalnego chłodu, czasem jak ślad czegoś pierwotnego, co wymyka się społecznej kontroli. Piosenki są świetne. Na tyle świetne, że chętnie posłuchałbym ich poza teatrem, w domu, już bez scenicznego kontekstu. I mam nadzieję, że kiedyś będzie to możliwe.

Osobne słowa należą się Matyldzie Sielskiej. Jej obecność wokalna jest niezwykła. Jako mezzosopranistka wnosi na scenę głos przenikający przestrzeń, ciało i emocje. To głos, który nie tyle akompaniuje wydarzeniom, ile wchodzi z nimi w głęboką relację. Matylda Sielska ma sceniczną siłę, która nie potrzebuje ostentacji. Kiedy śpiewa, spektakl na chwilę zmienia temperaturę. Robi się gęściej, mocniej, bardziej zmysłowo. Jej partie są jednym z tych elementów, które zostają z widzem długo po wyjściu z teatru.
Choreografia Daniela Leżonia dopełnia całość z dużą precyzją. Nie czuję się specjalistą od choreografii, ale jako widz mogę powiedzieć jedno: robi ogromne wrażenie. Ruch w „Larwach” nie jest dekoracją. Jest językiem. Ciała aktorek mówią tu o zmęczeniu, napięciu, pożądaniu, podporządkowaniu, buncie i wspólnocie. Choreografia pozwala spektaklowi balansować między dramatem, koncertem, rytuałem i cielesnym performansem. A przy tym ani przez moment nie traci czytelności.

Największą siłą „Larw” są jednak aktorki: Karolina Adamczyk, Sylwia Boroń, Bogumiła buzia gręda i Agata Jędrzejczak. To nie jest łatwy spektakl aktorsko. Wymaga odwagi, dyscypliny, poczucia rytmu, gotowości do pracy z ciałem, głosem, intymnością i groteską. Wymaga też ogromnego zaufania na scenie. A jednak oglądając je, ma się wrażenie lekkości. Jakby role były napisane, wymyślone i skrojone właśnie pod nie. Każda z nich wnosi inną energię, inną temperaturę, inny rodzaj scenicznej obecności. Razem tworzą zespół, który nie tylko opowiada historię, ale uruchamia jej wewnętrzne napięcia.
Karolina Adamczyk, Sylwia Boroń, Bogumiła buzia gręda i Agata Jędrzejczak świetnie bawią się rolami, ale nigdy nie wypadają z tonacji spektaklu. Potrafią przechodzić od komizmu do niepokoju, od przerysowania do prawdy, od cielesnej ekspresji do bardzo precyzyjnie prowadzonego gestu. Szczególnie warto zaznaczyć obecność Bogumiły buzi grędy, dla której był to debiut na deskach teatru. I to debiut imponujący. Tym bardziej że pełni ona również funkcję konsultantki scen kinkowych, co dodatkowo pokazuje, jak wielowarstwowo została pomyślana praca nad spektaklem. W „Larwach” nie ma przypadkowej odwagi. Jest odwaga przygotowana, świadoma, oparta na odpowiedzialności.
Warto też zatrzymać się przy samej Pameli Leończyk. To reżyserka, artystka wizualna i pedagożka teatru, absolwentka reżyserii teatralnej Akademii Teatralnej w Warszawie oraz kierunków związanych z teatrem i performatyką na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ma za sobą współpracę z ważnymi scenami w Polsce i doświadczenie, które w „Larwach” wyraźnie czuć. Nie w formie popisu, ale w umiejętności komponowania wielu porządków naraz: literackiego, wizualnego, muzycznego, cielesnego i społecznego. Leończyk nie robi spektaklu publicystycznego, choć mówi o sprawach politycznych. Nie robi też czystej fantazji, choć korzysta z surrealistycznego języka. Tworzy przedstawienie, które jest jednocześnie ostre i zapraszające, zmysłowe i inteligentne, śmieszne i niepokojące.

„Larwy” operują na wielu poziomach. Można je czytać jako opowieść o samotnym macierzyństwie i społecznej hipokryzji. Można jako historię o instytucjach, które zamiast pomagać, kontrolują. Można jako spektakl o odzyskiwaniu ciała, seksualności i prawa do przyjemności. Można wreszcie jako satyrę na świat, który bardzo chętnie mówi kobietom, czym powinny być, ale rzadko pyta, czego naprawdę chcą, czego nie chcą i gdzie przebiegają ich granice.
Największa wartość tego spektaklu polega jednak na tym, że nie daje się zamknąć w jednym haśle. Nie jest tylko antyutopią. Nie jest tylko opowieścią o opresji. Nie jest tylko postpornograficzną fantazją. Nie jest tylko scenicznym manifestem. To przedstawienie żywe, pulsujące, świadome swojej formy i swoich tematów. Spektakl, który potrafi jednocześnie bawić, uwierać, fascynować i prowokować do myślenia.
I właśnie dlatego „Larwy” zostają w głowie. Bo pod pozornie fantastyczną historią o Kokonie, jedwabnikach i feromonach kryje się bardzo konkretne pytanie o naszą rzeczywistość: ile kontroli jesteśmy w stanie nazwać opieką, zanim zrozumiemy, że to już przemoc? I ile wolności musi upomnieć się o ciało, zanim świat przestanie udawać, że go nie słyszy?
Polecam. Zdecydowanie.

