Są takie spektakle które nie są po prostu następnymi premierami w repertuarze. Takie sztuki nie przychodzą do teatru grzecznie, wchodzą bokiem, przez szczelinę, przez niepokój, przez temat, którego najchętniej nie dotykalibyśmy przy rodzinnym stole. „Larwy” w reżyserii Pameli Leończyk, przygotowywane w Teatrze Łaźnia Nowa na podstawie tekstu Agnieszki Szpili, są właśnie takim przedstawieniem.
Byłem dziś w Łaźni Nowej na pokazie przedpremierowym. I znów miałem poczucie, że to miejsce – osadzone przecież tak mocno w Nowej Hucie, w jej betonie, historii, buncie i robotniczej pamięci – nie zamierza robić teatru bezpiecznego. Łaźnia Nowa i Bartek Szydłowski od lat pokazują, że teatr nie musi być ucieczką od rzeczywistości. Może być miejscem, w którym rzeczywistość dogania nas szybciej, mocniej i bez taryfy ulgowej. Może być przestrzenią rozmowy o tym, co boli, zawstydza, drażni, dzieli albo wywołuje opór. A czasami ten teatr pokazuje nam niepokojącą przyszłość do której nieuchronnie zmierzamy. I właśnie dlatego warto tam chodzić.

„Larwy” to druga – po głośnych „Heksach” – teatralna adaptacja tekstu Agnieszki Szpili, jednej z najbardziej bezkompromisowych autorek współczesnej polskiej literatury. Tym razem punktem wyjścia jest opowieść o samotnych matkach, które trafiają do Kokonu – instytucji udającej opiekę, a w rzeczywistości przejmującej kontrolę nad ich życiem. Kobiety są zależne ekonomicznie, poddane presji społecznej, religijnej i instytucjonalnej. Pracują przy hodowli jedwabników. Ale kontakt z larwami i wydzielanymi przez nie feromonami zaczyna zmieniać ich ciała, pragnienia i sposób odczuwania świata.
To, co miało być systemem nadzoru, zaczyna pękać od środka.
Ale „Larwy” nie są prostą opowieścią o opresji. I całe szczęście, bo teatr, który z góry wie, co chce nam powiedzieć, bywa równie nieznośny jak publicystyka udająca sztukę. Spektakl Pameli Leończyk próbuje wejść głębiej – w ciało, w zgodę i niezgodę, w przyjemność, w lęk przed przyjemnością, w granice sprawczości. W pytanie o to, kiedy ciało jest polem walki, a kiedy może stać się przestrzenią świadomości. Kiedy emancypacja jest prawdziwa, a kiedy tylko kolejną formą tresury, tym razem podaną w bardziej nowoczesnym języku. To przedstawienie łączy teatr dramatyczny, choreografię, elementy post-opery i muzykę elektroniczną. Ale to nie środki wyrazu są tu najważniejsze. Clou tej sztuki jest napięcie. Między tym, co społeczne, a tym, co intymne. Między kontrolą a pragnieniem. Między systemem, który chce zarządzać kobiecym ciałem, a ciałem, które zaczyna wymykać się z narzuconych ról.





Po pokazie rozmawiałem z twórczyniami spektaklu – Pamelą Leończyk i Darią Sobik. Rozmawiałem także z aktorkami, które na scenie tworzą świat Kokonu, a jednocześnie pokazują coś znacznie szerszego niż historię jednej instytucji. To rozmowa o kobietach, ale też o mechanizmach władzy. O teatrze, ale też o języku, jakim opowiadamy o seksualności, zależności i wolności. O przyjemności, której wciąż się boimy, zwłaszcza gdy przestaje być podporządkowana cudzym oczekiwaniom.
Rozmawiałem również z Bartkiem Szydłowskim – dyrektorem Łaźni Nowej, człowiekiem, który od lat udowadnia, że teatr w Nowej Hucie może być miejscem lokalnym i jednocześnie bardzo odważnym. Zakorzenionym w dzielnicy, ale niezamkniętym w dzielnicowej pocztówce. Otwartym na mieszkańców, a zarazem gotowym podejmować tematy, przy których nie ma łatwych odpowiedzi. „Larwy” są właśnie takim tematem. Nie do wygładzenia. Nie do streszczenia w jednym haśle. Nie do zapakowania w bezpieczny opis o „kobiecej sile”. To spektakl o przemianie, która nie musi być ładna. O wolności, która nie zawsze wygląda tak, jak chcieliby ją widzieć ci, którzy lubią wolność kontrolowaną. I o teatrze, który przypomina, że czasem najważniejsze rzeczy zaczynają się tam, gdzie kończy się wygoda widza.

A teraz oddajmy głos tym, które ten świat stworzyły – i tym, które wchodzą w niego na scenie. Pamela Leończyk – reżyserka; Daria Sobik – autorka adaptacji i dramaturgii.
HTH: Jest to teatr typowo kobiecy? Występują w nim przede wszystkim kobiety, mówicie o ważnych kobiecych sprawach. Gdybyś miała zaprosić na ten spektakl mężczyzn, w jaki sposób byś to zrobiła?
Pamela Leończyk: Nie wydaje mi się, żeby to był spektakl kobiecy. Oczywiście, on opowiada o kobietach i o sytuacji samotnych matek, ale mamy też w spektaklu mężczyzn – różne reprezentacje mężczyzn. Podczas naszego spotkania z państwem nie było Łukasza, który także gra w tym spektaklu. On reprezentuje różne postawy – bardzo często trudne i kontrowersyjne, ale też nie tylko takie. Uważam, że oprócz tego, że matki statystycznie częściej sprawują opiekę nad dziećmi po rozwodach czy rozstaniach z partnerami albo partnerkami, nie znaczy to, że mężczyźni nie sprawują samotnej opieki nad dziećmi. To też może być dla takiego widza poruszające.
Rzeczywiście, gdybyśmy robiły spektakl o tematyce kierowanej do samotnych mężczyzn czy samotnych ojców, byłby to inny spektakl. To jest po prostu perspektywa, którą przyjęła Agnieszka Szpila w swoim opowiadaniu.
HTH: Miałem okazję obejrzeć fragment drugiej sceny tego spektaklu i czuję, że wasz spektakl bezpośrednio nawiązuje do sytuacji politycznej i społecznej, w jakiej znajduje się dziś Polska. Czy to jest dobry trop?
Pamela Leończyk: Tak, absolutnie. To jest spektakl, w którym trochę fantazjujemy na temat przyszłości albo rzeczywistości równoległej – takiej, która może się nie wydarzy albo mogłaby się gdzieś wydarzyć i byłaby bardziej radykalna od tej, w której funkcjonujemy dzisiaj. Na pewno jest to związane z obawą przed tym, że społeczeństwo idzie w konserwatywną, bardziej radykalną stronę. W samym tekście i w monologach, które przygotowała Daria, jest bardzo dużo inspiracji osobami, które możemy dziś słyszeć na arenie politycznej i które w dosyć bezpośredni sposób wypowiadają się na temat sytuacji kobiet, nie będąc same kobietami.
Daria Sobik: Ja jeszcze dodam do tych męskich postaci, bo od samego początku było założenie, żeby je rozszerzyć. Agnieszka w opowiadaniu właściwie nie za bardzo wprowadza te postaci, a naszym celem było trochę rozszerzenie grupy odbiorczej, ale też zwrócenie uwagi na radykalizujące się głosy – często młodych mężczyzn, często osób zagubionych.
Mam wrażenie, że te dwie bardziej konserwatywne postaci w spektaklu są pokazane niejednoznacznie, mimo dość mocnych monologów. Jesteśmy w stanie obserwować, jak bardzo oni błądzą – w intencjach, w niepewności. Widać, że narracja, którą prowadzą, jest jakąś sztuczną naroślą na nich, z którą idą przez świat, tworząc sobie zbroję wokół strachu przed innym, przed słabością, przed brakiem ustrukturyzowanego świata. Mam wrażenie, że w spektaklu nie dzielimy świata na biało-czarny ani na strony polityczne, tylko pokazujemy różne odcienie światopoglądów i pytamy o to, jak w ogóle dogadać się między sobą.
HTH: Według was zmierzamy w stronę antyutopii czy już w niej tkwimy?
Daria Sobik: Jestem optymistką i myślę, że nie zmierzamy w stronę antyutopii. Myślę, że te siły często się równoważą. Nie jesteśmy też, według mnie oczywiście, w antyutopii – choć zdania są podzielone. Mam wrażenie, że o ile pojawiają się głosy radykalne, to historia pokazuje, że dzieje świata toczą się sinusoidalnie. Mam dużą nadzieję, że ta radykalna część społeczeństwa również w pewnym momencie zwróci się ku innym wartościom i że skręcimy w lewo. Wydarzenia, które się zdarzają, są martwiące, ale wydaje mi się, że jest jeszcze sporo ludzi, którzy dbają o sprawiedliwość, o wartości humanistyczne i o dobro ludzi.
HTH: Jak się współpracuje z Bartkiem Szydłowskim?
Pamela Leończyk: Wspaniale. Nie mogę powiedzieć złego słowa, wręcz przeciwnie. Czułam bardzo dużą wolność, swobodę, zaufanie i wiarę w ten projekt oraz w to, co chcemy przekazać. Czułam też brak nadzoru i brak wbijania się z męską perspektywą w temat, który jest faktycznie opowiadany o kobietach przez kobiety.
Daria Sobik: Ewidentnie dostałyśmy bardzo wolną rękę i duży kredyt zaufania. Mam wrażenie, że był on organiczny, a nie narzucony, bo tak trzeba albo tak wypada. Po prostu zostałyśmy potraktowane jak pełnoprawne twórczynie – partnersko. Dostałyśmy też bardzo dobry feedback po wczorajszej próbie.

Agata Jędrzejczak, Sylwia Boroń, Karolina Adamczyk, Matylda Sielska, Bogumiła „Buzia” Gręda.
HTH: Wiem, że to sztuka ciężka, mówiąca z kobiecego punktu widzenia. Czy to jest najcięższa sztuka, w jakiej gracie albo w jakiej się pojawiłyście?
Bogumiła „Buzia” Gręda: To jest moja pierwsza sztuka. To mój debiut.
HTH: To bardzo ciekawy temat. Jak się czujesz jako debiutantka w tak ciężkiej sztuce?
Bogumiła „Buzia” Gręda: Świetnie. Ja nie uważam, że ona jest ciężka. Uważam właśnie, że jest cudowna. Ten proces jest przyjemny. Mamy koordynację scen intymnych, wszyscy są bardzo troskliwi i bardzo na siebie wyczuleni. To jest przepiękny proces i myślę, że ta sztuka będzie taka sama.
HTH: Ale mówimy ogólnie o zniewoleniu i opresji, więc to raczej nie jest temat przyjemny. Mimo to udało wam się wyciągnąć z tej sztuki coś, co będzie przyjemne dla widza?
Bogumiła „Buzia” Gręda: Na maksa. Ta opresja dotyczy chyba każdego w codzienności, a my w tym spektaklu bierzemy tę opresję i transformujemy ją w sytuacje, które są dla nas przyjemne, albo w fantazje, które możemy tutaj realizować. Myślę, że dużo osób odnajdzie w tym cząstkę siebie i będzie wspierać „Larwy”.
HTH: Czy czujecie, że uczestniczycie w dialogu, który zahacza o politykę i społeczeństwo? Czy macie wrażenie, że ta sztuka jest głosem, który z kobiecego gardła wydobywa się poprzez sztukę do naszej codzienności?
Karolina Adamczyk: Wydaje mi się, że przede wszystkim opowiadanie, które napisała Agnieszka Szpila, mocno wbijało się w dyskurs o opresji w ogóle. To jest jej bardzo osobiste doświadczenie. Opowiadanie „Larwy” zostało przekształcone przez Darię Sobik i faktycznie mogłoby być takim manifestem na scenie. Ale czy ono jest manifestem i czy my politycznie się wbijamy? Są tam poważne wątki polityczne, ale to się okaże. Jestem bardzo ciekawa zderzenia z publicznością: jak publiczność to odbierze i jak to będzie działać na widza. Byłabym jeszcze ostrożna z ostrym sądem, że politycznie się tutaj wbijamy. Społecznie – na pewno tak. Dla mnie jest to na pewno jakiś głos. Myślę, że mocny, ale też ciekawy i otwierający trochę z innej strony. Pokazujemy przemoc, zniewolenie czy opresję w trochę inny sposób.
HTH: Zadałem to pytanie również twórczyniom spektaklu: czy my już żyjemy w antyutopii, czy dopiero zmierzamy w jej kierunku?
Karolina Adamczyk: A czy to nie jest tak, że cały czas świat balansuje?
HTH: Właśnie o to pytam – jak wy to widzicie?
Karolina Adamczyk: Myślę, że nie ma uniwersalnego świata. To nie jest tak, że wszyscy żyjemy w jednym świecie. Są osoby, które żyją w totalnej utopii, jak bilionerzy, i są osoby, które żyją w zupełnie innych warunkach. My tutaj, jako białe osoby i osoby able-bodied, żyjemy w świecie, w którym spotykamy się z opresją, ale czy żyjemy w antyutopii? Zupełnie nie.
To, co pokazujemy, też nie ma jednej barwy. To nie jest tak, że jest tylko źle albo tylko dobrze. Cały czas balansujemy i szukamy drogi dla siebie. Jak mówi nasza kochana reżyserka: jak będzie źle, to zrobimy tak, żeby było dobrze.
Pozostaje mi tylko jedno – zaprosić WAS do Łaźni Nowej na spektakl.

