24 sty 2026, sob.

Mity o Nowej Hucie to dziś wręcz zagadnienie akademickie. Powstały ich setki, jeśli nie tysiące. Niektóre były przez lata konsekwentnie utrwalane, inne funkcjonowały na zasadzie miejskich legend. Zdecydowana większość z nich nie miała praktycznie żadnego oparcia w faktach – ale nie wszystkie. Przez długie dekady Nowa Huta uchodziła za miejsce niebezpieczne. Dzielnicę, po której „lepiej nie chodzić po zmroku”. Dziś wiemy, że to bzdura – osiemnasta dzielnica jest jedną z najbezpieczniejszych części Krakowa. Tyle że w tym micie kryje się ziarno prawdy. A może nawet coś więcej niż ziarno. Żeby to zrozumieć, musimy cofnąć się do momentu, gdy w Mogile wbito pierwszą łopatę pod budowę nowego miasta. Kilka lat wcześniej zakończyła się II wojna światowa, która doszczętnie zdewastowała Polskę – kraj borykający się z problemami jeszcze przed 1939 rokiem. Państwowość rodziła się w bólach. Brakowało wszystkiego: lekarzy, strażaków, urzędników, policjantów. Straty ludzkie były ogromne i dotknęły każdej dziedziny życia, także budownictwa.

Dlatego na plac budowy w Mogile skierowano junaków. Pierwszą jednostką, która pojawiła się na terenie przyszłej Nowej Huty, była 51. Brygada PO „Służba Polsce”. To właśnie oni przygotowali grunt pod budowę nowego miasta – dosłownie i w przenośni. Zaraz potem na plac budowy zaczęli napływać robotnicy z całego kraju. Szacuje się, że było ich od 20 do 30 tysięcy. I wtedy – mówiąc wprost – zaczął się Meksyk. Trzeba sobie uświadomić jedną rzecz: Nowa Huta była wówczas jednym, wielkim placem budowy. Nie było tu żadnych atrakcji. Od czasu do czasu przyjeżdżało kino objazdowe, raz na jakiś czas organizowano potańcówkę. I właściwie na tym koniec. Jedyną łatwo dostępną „rozrywką” był alkohol. A wraz z nim pojawiło się pijaństwo, chuligaństwo, prostytucja oraz działalność grup przestępczych. Ten „dziki zachód” i wszystkie jego bolączki szczegółowo opisuje Wojciech Paduchowski w monografii Nowa Huta nieznana i tajna. Obraz miasta w materiałach Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego i Milicji Obywatelskiej (1949–1956). Wiedza ta przez długie lata była skrzętnie ukrywana, bo zupełnie nie pasowała do obowiązującej linii propagandowej. W czasach stalinizmu tego typu notatki po prostu chowano do szuflad.

Problem był jednak bardzo poważny. Na tyle poważny, że w pierwszych latach milicja miała ogromne trudności z egzekwowaniem porządku. Zdarzało się, że funkcjonariusze wracali na komisariat pobici przez podpitych robotników.

Braki kadrowe w Milicji Obywatelskiej były wówczas dramatyczne. Do służby trafiali ludzie przypadkowi – często tacy, którzy nigdy nie powinni znaleźć się w mundurze. Nierzadko byli to ludzie bez wykształcenia, zdarzali się nawet analfabeci. Wszystko dlatego, że zwyczajnie brakowało ludzi. Dopiero w późniejszych latach, dzięki szkołom milicyjnym, sytuacja zaczęła się poprawiać. Wcześniej kadry milicji prezentowały bardzo niski poziom.

Meksyk i Tajwan

„Meksykiem” nazywano zespół prowizorycznych osiedli barakowych – głównie męskich hoteli robotniczych – położonych na obrzeżach placu budowy, z dala od jakiejkolwiek realnej kontroli społecznej. Nazwa nie była przypadkowa. Kojarzyła się z chaosem, przemocą i brakiem prawa. W Meksyku koncentrowały się bójki, pijaństwo, kradzieże i działalność półświatka. To tam najczęściej dochodziło do awantur po wypłatach, tam działały meliny z alkoholem i tam milicja wchodziła wyjątkowo niechętnie – często dopiero większymi siłami.

Podobnie było z Tajwanem – potoczną nazwą żeńskich hoteli robotniczych. Formalnie miały one zapewniać zaplecze mieszkaniowe dla kobiet pracujących przy budowie. W praktyce stały się miejscem ciągłych napięć, nocnych awantur, napaści i przemocy. Próby „zdobywania” Tajwanu przez pijanych robotników należały do codzienności.

Obie te nazwy – Meksyk i Tajwan – funkcjonowały jako skrót myślowy. Oznaczały przestrzeń, w której państwo było słabe, prawo umowne, a alkohol stanowił główny regulator relacji międzyludzkich. Były symbolem tej „ciemnej strony” Nowej Huty, o której przez lata oficjalnie się nie mówiło, ale którą doskonale znali zarówno robotnicy, jak i milicjanci. Wiele mówią także wspomnienia ludzi, którzy w pierwszej połowie lat 50. XX wieku budowali Nową Hutę. Choć relacje te mogą zawierać element kolorytu i przesady, w dużej mierze potwierdzają fakty znane ze źródeł archiwalnych. Opowieści o szturmie na hotel żeński w 1951 roku, o rozróbach w „Gigancie” czy o strachu milicjantów przed Meksykiem pojawiają się niezależnie w wielu relacjach, co znacząco zwiększa ich wiarygodność. Część świadków – m.in. byli działacze partyjni – przekazała do IPN swoje pamiętniki i prywatne archiwa. Z tych materiałów dowiadujemy się, że lokalne władze partyjne sporządzały wewnętrzne notatki o „nastrojach pijackich” wśród załogi oraz o konieczności współpracy z MO w zwalczaniu awanturnictwa. Kroniki zakładowe Huty im. Lenina, prowadzone przez wydziały kadr, również rejestrowały przypadki kar dyscyplinarnych za alkohol. Według nich w latach 1951–1955 zwolniono ponad 200 osób za pijackie bójki w pracy lub po pracy, a setki ukarano naganami.

Po latach powstały także liczne opracowania wspomnieniowe, często inicjowane lokalnie. W cyklach artykułów rocznicowych publikowanych w prasie dzielnicowej pojawiają się anegdoty zarówno mieszkańców, jak i funkcjonariuszy. Czytamy tam, że w Meksyku panowało prawo silniejszego, a milicjanci z posterunku w Czyżynach przyjmowali zasadę: „najpierw strzelaj, potem wchodź”. I rzeczywiście – w pewnym momencie funkcjonariusze otrzymali zgodę na użycie broni. Najczęściej były to serie oddawane w powietrze, mające studzić temperamenty robotników.

Wielu pionierów Nowej Huty wspominało po latach szok cywilizacyjny, jakiego doznali. Młodzi chłopcy ze wsi trafiali na ogromny plac budowy, bez rodzin, bez zaplecza społecznego, bez rozrywek. Nic dziwnego, że nudę i zmęczenie topili w alkoholu. W wywiadach czytamy: „W niedzielę pili od rana, na łąkach, w barakach, gdzie popadnie. Potem były bijatyki – o dziewczyny, o byle co”.

Starsi mieszkańcy Bieńczyc i okolic wspominają, że w pierwszych latach niemal co noc słychać było syreny milicyjne, bójki pod barakami i wrzaski pijanych wracających z knajp. Charakterystycznym elementem krajobrazu były patrole ORMO pilnujące kolejek po alkohol oraz tzw. „ścieżki zdrowia” – bicie pałkami zatrzymanych chuliganów, mające pełnić funkcję odstraszającą. Była to praktyka nieoficjalna, ujawniana dopiero po latach we wspomnieniach.

Byli milicjanci przyznają, że Nowa Huta uchodziła za wyjątkowo trudny rejon służby. „Tam szło się bić, nie służyć” – mówią półżartem. W relacjach często pojawia się także „Gigant” – ogromna restauracja otwarta w 1952 roku. W tygodniu świeciła pustkami, ale po wypłacie pękała w szwach. W dniu wypłaty lepiej było ją omijać – w środku dochodziło do bójek, a przed lokalem czekali kieszonkowcy i bandyci polujący na pijanych z gotówką. Milicja próbowała wzmacniać patrole, ściągając posiłki z Krakowa, ale – jak wspominają świadkowie – i tak nie była w stanie opanować wszystkich awantur.

Z biegiem lat, wraz z powstawaniem kolejnych osiedli i stabilizacją życia społecznego, sytuacja zaczęła się poprawiać. W latach 60. było już zdecydowanie spokojniej. Mit Nowej Huty jako dzielnicy niebezpiecznej żył jednak jeszcze przez dekady – własnym, oderwanym od rzeczywistości życiem.

Autor

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *